Nocna bitwa na bagnety

2017-11-06 19:00:00 (ost. akt: 2017-11-05 21:55:47)

Nieznany epizod wieńczący zmagania Bitwy pod Tannenbergiem w sierpniu 1914, kiedy rosyjscy żołnierze przbijali się z okrążenia w okolicach podnidzickich Motek, Więckowa.

Nocna bitwa na bagnety

Autor zdjęcia: Michał Piotr Moszczyński

Każda wojna ma swoją zaginioną, zapomnianą przez dowództwo kompanię. Tak też zdarzyło się podczas walk w końcu sierpnia 1914 r. z tym, że kompanii tych było aż trzy.

Końcówka sierpnia zastała 13 Korpus Armii Rosyjskiej, najogólniej mówiąc w rejonie Olsztyna. 36 DP, a dokładnie 142 PP (z Orła), toczył zacięte walki w okolicach Gryźlin. O ciężkim przebiegu tych zmagań, mogą świadczyć straty wśród kadry dowódczej - wieczorem 28. poległ pod Dorotowem dowodzący 143 PP płk. Kabanow.

Nic więc dziwnego, że mimo późnej pory, o 10 wieczór, tego samego dnia, dowodzący korpusem gen. Klujew zebrał swoich dowódców na naradę. Miejsce było dobrane adekwatnie do sytuacji – na gryźlińskim cmentarzu. Oznajmił oficerom, by podległe im oddziały dla zmylenia przeciwnika umocniły swoje pozycje, przygotowały obozowiska, by rankiem rozpocząć skryte oderwanie się od wojsk przeciwnika.

Kierunek do odwrotu wyznaczył na Szwaderki-Kurki. O drugiej w nocy dokonał korekty. Pod przykryciem 144 PP odwrót wojsk ma nastąpić już nocą, poprzez Szwaderki-Kurki w kierunku na Jabłonkę.

Być może ten zmieniony rozkaz nie dotarł już do rozlokowanych pomiędzy jeziorami Wymój a Pluski, trzech kompanii. Były to kompanie 11 kpt. Barskowa, 16 sztabs-kapitana Sjemjeczkina i kompania zwiadu por. Dremanowicza.

Dopiero po pewnym czasie spostrzegli, że stoją osamotnieni. Postanowili dołączyć do głównych sił. Wybrali jednak drogę odwrotu w przeciwnym kierunku, na południe od nich słychać było odgłosy ciężkiego boju – tam ginął pomiędzy Mierkami a j. Pluski ich macierzysty 142 PP, płk. Wjenjecki został ranny i 29. sierpnia dostaje się do niewoli.

Pozostał kierunek na pobliski Olsztyn. Byli pewni, że miasto nadal jest we władaniu Rosjan. Ledwie rozpoczęli swój marsz, już wkrótce pod pobliską Stawigudą natknęli się na kolumny wojsk niemieckich.

Postanowili wykorzystać zaskoczenie i przebić się przez nie. Licząc, że jest to przypadkowy oddział, który być może pomylił marszrutę. Zaś za jego linią, jak sądzili, znajdują się główne siły rosyjskie.

Nie wiedzieli, że sytuacja się diametralnie zmieniła i Olsztyn znów jest w rękach niemieckich. A wkraczające oddziały niemieckie znajdują się w opuszczonej przez siły rosyjskie przestrzeni. Nie dość tego, siły z którymi przyszło im walczyć, były większe niż się spodziewali.

W ciężkich walkach, po stracie w zabitych i rannych 4 młodszych oficerów i 86 żołnierzy i w rezultacie przeprowadzonego kontrataku niemieckiego, zostali odrzuceni aż w rejon na północny wschód od jeziora Łańskiego.

W tym samym czasie, wojska do których chcieli dołączyć, czyli oddziały, z 13 i 15 Korpusu, w rejonie Uścianka już zaczynały częściami dostawać się do niewoli. Nie byli oni jednak tej sytuacji jaka panowała na tyłach wycofujących się wojsk, zwłaszcza za sprawą nadciągających w tamten rejon oddziałów XVII Korpus von Mackensena świadomi.

Obawiając się, że nadciągające od północy oddziały niemieckie odcięły ich od odwrotu w kierunku wschodnim czy południowo wschodnim, lasami pomaszerowali w kierunku południowym. Najbliższą drogą, ku niedalekiej granicy.

Szczęśliwie przemknęli pomiędzy wrogimi oddziałami i omijając j. Omulew, dotarli wraz z mrokiem zapadającej nocy 1. września do rejonu leśniczówki Zdrojek. Do osiągnięcia zbawczej granicy pozostało około 3 km. Zwiadowcy ppor. Dremanowicza rozpoznali teren wzdłuż położonej na południe od ich pozycji szosy Motki-Więckowo.

Korzystne było ukształtowanie terenu, wówczas też podobnie jak współcześnie zalesionego. Dodatkowo, prawie dokładnie na połowie odcinka szosy, położona jest dolina „Modlker Tal” wraz z leśniczówką Springborn (dziś Parowa). Prowadziły do niej z północy, od nasypu linii kolejowej dwie leśne drogi.

Zapewne którąś z nich musiał poruszać się w miarę zwartą formacją kilkusetosobowy oddział. Gdyby żołnierze poruszali się w szyku rozproszonym, na przełaj przez las, nie dość, że szybko ulegli by pogubieniu, to i dowodzenie nimi nie było by możliwe.

Także tempo samego marszu znacznie by spadło. Możliwe było więc szybkie i jednocześnie skryte podejście tymi duktami jak najbliżej pozycji niemieckich. I tym samym, wykonanie nagłego, niespodziewanego uderzenia celem przełamania pozycji niemieckich.

Po światłach ognisk –zarówno teraz jak i podczas całej bitwy - można było się zorientować, że siły przeciwnika w Motkach, czy Muszakach są znacznie przekraczające ich możliwości bojowe. Jednakże oddział który przeszedł w samotnych walkach kilkadziesiąt kilometrów – był pełen bojowego duch.

Panujące w nim morale i wiara we własne siły, musiały być na wysokim poziomie. Zapewne nie było nawet najmniejszej myśli o kapitulacji. Działanie determinowała tylko jedno postanowienie – przebić się. Tym bardziej silne, że wolność był tak blisko. Pozostało tylko odpowiedzieć na pytanie – Jeśli kiedy? - To . teraz, - Jeżeli gdzie? – To tu.

Na podstawie meldunków dostarczonych przez zwiadowców, kpt. Sjemjeczkin ocenił siły niemieckie na około batalion piechoty. Nocą, artyleria była bezużyteczna, jej ewentualnej obecności nie musiał się obawiać. Panujące ciemności dostarczały Rosjanom jeszcze jeden dodatkowy atut.

Ludność pochodząca z obszaru cesarstwa rosyjskiego, także i w następnej wojnie, była przyzwyczajona do poruszania się i życia na wsiach w ciemnościach. W nich żyli, pracowali i podróżowali. Kpt. Sjemjeczkin zapewne długo się nie zastanawiał nad formą natarcia.

Wiedział jak te wszystkie elementy ze sobą połączyć, by je w walce skutecznie wykorzystać. Sytuacja aż się prosiła, o wykonanie uderzenia, nagłym atakiem na bagnety. Tym bardziej, że w trakcie dotychczasowych walk nie dochodziło do takich starć, można było więc liczyć na zaskoczenie.

Podstawowa bronią uzbrojenia piechoty w armii rosyjskiej był karabin Mosin, zawierający zintegrowany pod lufą bagnet. Założenie tulejki na lufę to nie koniec koniecznych czynności. Do walki wręcz, należało przygotowanie karabinu poprzez jego rozładowanie z amunicji. Ewentualne oddanie strzału z broni wymagającej przeładowania, z tak bliskiej odległości było nie tylko problematyczne, ale i niewskazane, a nawet niebezpieczne.

Energia pocisku pozwala na przebicie kilku osób, a więc i trafienie w panującym ścisku także własnych żołnierzy. Dochodził jeszcze jeden czynnik – dający się odczuć brak amunicji. W trakcie dotychczasowych potyczek większość amunicji została zużyta. Za to, do zwalczania możliwych umocnionych stanowisk obronnych czy ogniowych jak na ten przykład gniazda CKM, przygotowano granaty.

Ochronę linii obronnych powinny pełnić wysunięte do przodu czujki. Zawsze w składzie dwóch żołnierzy. Gdy zapadała noc, jeden z nich musiał pełnić swoją służbę w postawie stojącej. A więc by skrycie podejść jak najbliżej pozycji niemieckich należało je wpierw zlikwidować.

To zadanie przypadło zapewne zwiadowcom Dremanowicza. Za którymi, ciemną nocą 2. września Rosjanie ruszyli do ataku. W prowadzonym nocą natarciu, wymagane było, by oficerowie byli w pierwszej linii natarcia. Celem zachowania styczności z żołnierzami i możliwości bezpośredniego nimi dowodzenia. W walce nocnej wymagane było, by żołnierze idący do ataku zachowywali mniejsze odstępy pomiędzy sobą.

Walka była jak się zdaje krótka i zacięta. Poległ w niej dowódca kompanii kpt. Barskow. I zapewne wielu innych żołnierzy. Trudno ocenić dokładne miejsce i straty obu stron, ale sądząc z umiejscowienia cmentarza wojennego w Motkach, dojść musiało do bitwy bliżej tej wsi.

Większość rosyjskich sił zdołała przebić swoją drogę do wolności, kończąc tym samym swoją czterodniową odyseję.Do Przasnysza dotarło w zwartej kolumnie 165 żołnierzy i dwu oficerów. Był to drugi co do wielkości oddział wojska, który uszedł z okrążenia.

Całe straty osobowe w jeńcach (nie licząc strat podczas walk 6.000 poległych i 20.000 wziętych do niewoli) wyniosły w 13 Korpusie 656 oficerów i 37 744 żołnierzy. Z kotła udało się ujść tylko 58 oficerom i 3.950 żołnierzom. W tym z wyższych oficerów 13 Korpusu ocalał jedynie naczelnik sztabu z 36 DP, płk Wichirjew. Z 141 Pułku podpułkownik Klimow i dwu podpułkowników z 2 Pułku Sofijskiego (ze składu 1 DP).

Ze sztandarów korpusu ocalono: 1 Pułku Newskiego, 4 Pułku Koporskiego i 141 Pułku Możajskiego. Sztandar 142 Pułku został podzielony na kawałki i rozdzielony wśród udających się do niewoli oficerów w tym dwa dla znanych z nazwiska poruczników Isajewa i Lapina.

Już w obozie jenieckim w Osnabrück, podczas rewizji u por. Isajewa znaleziono fragment z napisem „S nami Bog”. Mimo przesłuchań nie wydał pozostałych oficerów ukrywających resztę części sztandaru. Odkryty fragment powędrował do Berlina gdzie jako trofeum przechowywany był do 1945 r.

Pozostałe części po wojnie znalazły się w Jugosławii tamże m. in. udało się dotrzeć z uchodźcami z Armii Ochotniczej, walczącemu w jej szeregach z bolszewikami dowódcy pułku płk. Wjenjeckij. Przechowywane były w Belgradzie, w rosyjskiej cerkwi do 1945 r.

Michał Piotr Moszczyński

Podziel się informacją: Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. Swoją stronę założysz klikając " Tutaj ". Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: kliknij
Problem z założeniem profilu? Potrzebujesz porady, jak napisać tekst? Napisz do mnie. Pomogę: Igor Hrywna

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB