Z pamiętnika burmistrza Andreasa Kuhna cz. II

2016-10-01 10:00:00 (ost. akt: 2016-09-30 19:49:19)

Kiedy 22 sierpnia 1914 roku pierwsi Kozacy wdarli się do Nidzicy garstka mieszkańców, która pozostała w mieście, również uległa panice i uciekła w kierunku Olsztynka. Wraz z uciekinierami podążyła również żona ówczesnego burmistrza Niborka. Od 22 sierpnia do 12 września Andreas Kuhn nie wiedział co dzieje się z jego rodziną. Dopiero kilka dni po bitwie poznał losy swoich najbliższych i opisał w swoim pamiętniku. Zapraszamy do kolejnej części jego wspomnień.

cykliści

cykliści

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Ucieczka mojej żony i dzieci

…wszyscy mieszkańcy uciekli, moja rodzina też. Od mojej żony (kilka dni po zakończeniu bitwy pod Tannebergiem) dowiedziałem się jak wyglądała ich dramatyczna ucieczka:

Kiedy po strzelaninie na rynku mieszkańcy zaczęli opuszczać miasto coraz większymi gromadami, także i ona, za namową naszych domowników i innych przyjaciół, zdecydowała się uciekać.

Spakowała do plecaka trochę żywności i wyszła przez bramę z trójką dzieci - najmłodsze miało pięć lat - tylko z tym co mieli na sobie. Siedem do ośmiu kilometrów szli pieszo wzdłuż szosy, aż do momentu, gdy między Załuskami (Salusken) a Jadamowem (Wittmansdorf) zatrzymał się woźnica jadący z ziemniakami i zabrał ich do Olsztynka (Hohenstein).

Szosa prowadząca do Olsztynka była tak pełna furmanek uchodźców, że czasami nie można było poruszyć się w żadną ze stron. Miasteczko wypełniało się uciekinierami.

W Olsztynku przyjął ich mój znajomy David. Po południu pewien mieszkaniec Niborka zatrzymał moją żonę na rynku i powiedział jej z obojętną miną, że widział, jak Rosjanie zastrzelili mnie na rynku w Niborku. Do wszystkich cierpień cielesnych doszły jeszcze teraz niewyobrażalne udręki duchowe.


Czytając relację Burmistrza Kuhna można łatwo wyobrazić sobie co poczuła burmistrzowa, kiedy dowiedziała się o śmierci męża. Jej świat legł w gruzach. Zostały dzieci, więc jako dobra matka starała się uratować przed zagładą tych, którzy byli przy życiu. Jednak jeszcze tego samego dnia – 22 sierpnia po południu i wieczorem mieszkańcy Olsztynka widzieli na horyzoncie łuny płonącej Nidzicy zbombardowanej przez Rosjan.

Wtedy pani Kuhn myślała zapewne, że nie ma już do czego wracać. Mąż nie żyje, a dom stoi w płomieniach.

Drugiej nocy pobytu w Olsztynku dało się słyszeć głośne huki armat. Wszystko poderwało się do ucieczki. W ciągu następnego przedpołudnia wielu poranionych niemieckich i rosyjskich żołnierzy napłynęło do Olsztynka, by ruszyć dalej do Olsztyna (Allenstein).

23 sierpnia doszło do pierwszych walk XV Korpusu Rosyjskiego, który zajął Nidzicę i maszerował dalej na północ z wojskami XX Korpusu niemieckiego gen. von. Scholtza, który bronił się na linii Frąknowo – Łyna - Orłowo.

To ranni z tej bitwy wypełnili Olsztynek. Moja rodzina podróż do Olsztyna spędziła w bydlęcym wagonie razem z trzema rannymi Rosjanami i jednym rannym Niemcem.

W Olsztynie nocowali oni u jakiejś obcej rodziny. Jednak już o północy zostali obudzeni z powodu zbliżających się Rosjan. Znowu trzeba było opuścić bezpieczną przystań.

O godzinie szóstej rano pojechali wagonem towarowym do Ornety (Wormiditt). Moja żona znalazła z trudem nocleg w tutejszym hotelu. Spokój nie trwał długo, po dwóch dniach także mieszkańcy Ornety musieli porzucić domy w ucieczce przez nadchodzącymi Rosjanami.

27 sierpnia rano również moja żona i dzieci pojechali otwartym wagonem - węglarką do Królewca (Königsberg), gdzie dotarli wieczorem tak brudni od węgla, że nie dało się ich poznać. Skutkiem tej jazdy było silne wyziębienie moich bliskich.

Choć i tak mieli wiele szczęścia. Nie wszystkim uchodźcom powiodło się aż tak dobrze. Moja żona wyszła z ucieczki cało, a wiele dzieci straciło swoich rodziców. Słychać było lamenty i płacz dzieci po stracie swoich rodziców i na odwrót, rodzice opłakiwali los swoich zaginionych dzieci. W Olsztynku jakaś kobieta urodziła na ulicy.

Dopiero drugiego września moja żona dostała ode mnie wiadomość, że żyję. Oczywiście nieustannie wszędzie telegrafowałem, jednak telegramy nie docierały. Dwunastego września dostałem też i ja pierwszą wiadomość o losie mojej rodziny. Do tego momentu nie mieliśmy żadnego kontaktu.


W czasie opisywanych wydarzeń Andreas Kuhn miał 41 lat, foremną twarz, krótko przystrzyżone włosy i wąsy a la kajzer. Jak pisze Dennis E. Showalter w książce pt. Zderzenie Imperiów. – w imperialnych Niemczech rządziła w dużej mierze administracja, a ludzie tacy jak burmistrz Kuhn stanowili łożyska, na których pracowała owa maszyneria.

Jako urzędnik państwowy mógł opuścić miasto, jednak w obliczu paniki postanowił chronić grodu, którym zarządzał. Brak wiadomości o rodzinie na pewno nie ułatwiał tego zadania. A kolejne dramatyczne wydarzenia dopiero nadciągały.

Wejście kolejnych szwadronów Kozaków


Dom, w którym mieszkałem, stał w zupełnym odosobnieniu, dzięki czemu mogłem obserwować wydarzenia na ulicach. O godzinie dziesiątej (22 sierpnia) dwustu Kozaków wtargnęło wzdłuż ulicy Friedrichstraße i wierzchem, nie strzelając, przejechali obok kolei, dalej, w stronę Załusk (Salusken).

Pół godziny później tą samą drogą wkroczył drugi szwadron. Ci jechali bardzo ostrożnie, zatrzymali się przy rzeźni i posłali po sześciu zwiadowców do Piątek (Piontken) oraz do położonych za nasypem kolejowym zbiorników na wodę należących do wodociągów miejskich.

Kiedy drużyny zwiadowcze wróciły, cały szwadron pojechał dalej szosą prowadzącą do Olsztynka (Hohenstein). Zrobili przystanek obok posiadłości Botho Braunschen i wysłali dwunastu mężczyzn wzdłuż nasypu kolejowego do lasku miejskiego, dwudziestu na Załuski i tyleż samo do wzniesienia Szerokopasia (Sirokopasser). Pozostali zsiedli z koni. Duża część udała się w stronę dworca by tam zniszczyć tory kolejowe.


W tym momencie nadciągnął przed mój dom w kierunku ulicy Dworcowej (Bahnhofstraße) oddział rowerowy składający się z jednego podporucznika i dwudziestu mężczyzn Garnizonu Mrągowo (Sensburger Garnison) z Łyny (Lahna).

Na wiadomość, że Kozacy niszczą dworzec, podporucznik natychmiast się tam udał, zgromadził ludzi i zastrzelił pięciu Kozaków. Reszta się wycofała. Spośród rowerowych nikt nie został ranny. W tym momencie udałem się ulicą Fryderykowską w kierunku podporucznika. Wyszedłem mu naprzeciw.

Nie zdążyliśmy zamienić nawet dobrych kilku słów, kiedy zobaczyłem nowy szwadron kozacki na drodze z Borowego Młyna (Heidemühle).
Natychmiast wystrzelono z dwudziestu szybkostrzałów. Kozacy zdumieli się. Natychmiast uformowali dwa szeregi i odwzajemnili ogień z grzbietów koni.

Stałem bezpośrednio za rowerzystami i widziałem, jak wielu Kozaków pada. Kozacy strzelali za wysoko, tak że kule przelatywały nam zawsze około metra powyżej głów. Zaiste, osobliwy był to szum! Rzecz trwała około 8 – 10 minut.

Nagle szwadron wycofał się i pogalopował polną drogą w stronę Kanigowa (Kandien). Rowerzyści zostali ugoszczeni i po półtorej godziny wycofali się z powrotem do Łyny (Lahna). Ja udałem się do swojego biura.

Wydarzenia z udziałem Kozaków i ostrzeliwujących ich cyklistów stały się bezpośrednią przyczyną bombardowania Nidzicy. Do pierwszego, z opisanych przez burmistrza starć doszło na placu przed dworcem kolejowym (tam gdzie dzisiaj jest dworzec PKS).

Rosjanie szykowali sobie obiad, kiedy spadły na nich niemieckie strzały. Kozacy rozpierzchli się na wszystkie strony. Gdy walka ucichła, niemieccy cykliści liczyli łupy – miało być tam 200 lanc, porzucone szable i mapa ze starannie naniesionymi pozycjami wojsk rosyjskich znaleziona przy zabitym dowódcy kozaków.

Rosjanie tłumaczyli później, że zostali ostrzelani przez cywilów, a miasto było ufortyfikowane i bronione. Jednak znawcy tematu zgodnie przyznają, że Kozacy ostrzelani na ulicach miasteczka wrócili do swoich dowódców i zameldowali, że napotkali tam duży opór przeciwnika. Nie chcieli się przyznać, że z Nidzicy przepędziła ich mała grupka żołnierzy na rowerach.

Kolejny odcinek fascynujących dziejów Nidzicy z okresu bitwy tannenberskiej opowiedzianych przez Andreasa Kuhna już za tydzień.

Tłumaczenie książki Andreasa Kuhna pt. „Die Schreckenstage von Neidenburg in Ostpreussen” wydanej w Minden w 1915 r. odbywa się na potrzeby filmu dokumentalnego pt. TANNENBERG 1914 w reżyserii ks. Przemka Kaweckiego SDB (Mazurskie Tajemnice) i możliwe jest dzięki panu Witoldowi Zagożdżonowi (neidenburg-nibork-nidzica.blogspot.com), który udostępnił egzemplarz oryginału znajdujący się w jego kolekcji. Tłumaczeniem zajęła się nidziczanka, pani Dorota Przybysz.



Podziel się informacją: Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. Swoją stronę założysz klikając " Tutaj ". Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: kliknij
Problem z założeniem profilu? Potrzebujesz porady, jak napisać tekst? Napisz do mnie. Pomogę: Igor Hrywna

Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. z #2077391 | 89.228.*.* 1 paź 2016 13:09

    Przeczytałem,ale czy któryś Niemiec to przeczytał ?

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz